
O tych, którzy służyli bogom
Dlaczego nie można pytać greckiej wyroczni o numery na wygraną w totolotka? Czy trudno układa się „aramejskie puzzle” i jak wyglądały „mezopotamskie autostrady”?
O książce „Serving the Gods. Artists, Craftsmen, Ritual Specialists in the Ancient World”, opublikowanej w ostatnim czasie w znakomitym wydawnictwie Harrassowitz Verlag rozmawiamy z jej redaktorami: dr Aleksandrą Kubiak‑Schneider oraz dr. Bernhardem Schneiderem z Centrum Badań nad Światem Antycznym Wydziału Nauk Historycznych i Pedagogicznych UWr, a także z autorami artykułów: prof. dr. hab. Krzysztofem Nawotką – kierownikiem Centrum Badań nad Światem Antycznym – oraz dr hab. Agnieszką Wojciechowską z Wydziału Neofilologii.
Publikacja, z którą można się zapoznać w otwartym dostępie, powstała dzięki Funduszowi Wsparcia Publikacyjnego IDUB.
Ewelina Kośmider: Książka „Serving the Gods. Artists, Craftsmen, Ritual Specialists in the Ancient World”, jest efektem warsztatów Melammu Project, które odbyły się na UWr we wrześniu 2024 r. Na początku wyjaśnijmy: na czym polega ten projekt i kogo gromadzi?
Prof. dr hab. Krzysztof Nawotka, kierownik Centrum Badań nad Światem Antycznym, WNHiP UWr: Melammu Project, którego nazwa w języku akadyjskim oznacza „boskie lśnienie”, zrzesza naukowców z całego świata zajmujących się Babilonią oraz szeroko pojętą kulturą starożytnego Bliskiego Wschodu. Nazwę wybrano nieprzypadkowo – projekt założyli uczeni naprawdę najwyższej klasy. Główną postacią od dziesięcioleci jest prof. Robert Rollinger z Innsbrucku, który przez cztery lata przebywał także na Uniwersytecie Wrocławskim w ramach programu NAWA Profesura Gościnna. To prawdziwa gwiazda badań nad starożytnymi imperiami. W ramach Melammu funkcjonują dwa typy wydarzeń – większe sympozja oraz krótsze, monotematyczne warsztaty. Spotkania odbywają się w różnych miejscach – we Wrocławiu były już dwa razy. W poprzednich latach zbieraliśmy się m.in. w Wiedniu, Innsbrucku czy Londynie.
Dr Aleksandra Kubiak‑Schneider, Centrum Badań nad Światem Antycznym, WNHiP UWr: Jedno sympozjum odbyło się nawet w odległych Chinach.
Prof. dr hab. Krzysztof Nawotka: Ubiegłoroczne warsztaty we Wrocławiu były bardzo dobrze przygotowane i, co niezwykłe, bardzo szybko opublikowano z nich materiały. Muszę powiedzieć, że to duży sukces.
Dr Aleksandra Kubiak‑Schneider: Zajęło nam to rok.
Prof. dr hab. Krzysztof Nawotka: A często zdarza się, że na publikację czeka się cztery lata albo i dłużej! Dlatego chciałem naprawdę pochwalić młodszych kolegów i koleżanki – wykonali świetną pracę i wybrali bardzo dobre wydawnictwo. Harrassowitz Verlag, mające siedzibę w Wiesbaden, to oficyna, w której od ponad stu lat publikują najwięksi luminarze badań nad Bliskim Wschodem.

E.K.: Celem wrocławskich warsztatów było spojrzenie na centra kultu starożytnego świata w nowy sposób – nie przez pryzmat funkcji sakralnej czy architektonicznej, lecz administracyjno‑gospodarczej. Analizowali Państwo, jak zarządzano ośrodkami kultu, przyglądając się różnym grupom społecznym, dzięki którym te potężne organizmy religijne mogły funkcjonować. Proszę opowiedzieć więcej o tym podejściu.
Dr Aleksandra Kubiak‑Schneider: Pomysł na takie ujęcie tematu pojawił się w związku z dwoma projektami Polonez Bis współfinansowanymi przez NCN i Horyzont 2020 Marie Skłodowska‑Curie, które realizowaliśmy wraz z mężem, dr. Bernhardem Schneiderem. Mąż bada zaplecze bardzo ważnego centrum kultowego w Mezopotamii – miasta Nippur. Analizuje jednak nie samo miasto, lecz wiejskie tereny wokół niego.
Prof. dr hab. Krzysztof Nawotka: Dodajmy, że są to pierwsze badania w Mezopotamii prowadzone przez badaczy z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Dr Bernhard Schneider, Centrum Badań nad Światem Antycznym, WNHiP UWr: Pierwsze w powojennej historii uniwersytetu. Wcześniej Mezopotamią zajmował się prof. Bruno Meissner – niemiecki badacz łączący archeologię z filologią, (związany z wrocławską uczelnią w latach 1904-1921 – przyp. red.). Obecnie prowadzę projekt archeologiczny na wiejskich obrzeżach Nippur; to faktycznie jedyne badania UWr w południowym Iraku. Przeprowadziliśmy już rekonesans terenu, a w pierwszych trzech miesiącach tego roku będziemy prowadzić wykopaliska na stanowisku datowanym na około 500 r. p.n.e.
E.K.: W swoim artykule skupia się Pan na analizie materiału archeologicznego w postaci cegieł używanych do budowy świątyń w Mezopotamii? Co odkrył pan w Nippur i jego okolicy?
Dr Bernhard Schneider: Zanim jeszcze rozpocząłem realizację obecnego projektu, odkryłem jak długowieczne było mezopotamskie sanktuarium w Nippur. Po okresie nowej babilońskiej dynastii, której najsłynniejszym przedstawicielem był król Nabuchodonozor II (panujący w latach ok. 630-562 p.n.e. – przyp. red.), było nadal odbudowywane jako tradycyjny ziggurat, co najmniej aż do około 150 r. p.n.e. Stwierdziłem, że aby więcej dowiedzieć się na ten temat, konieczne jest przeprowadzenie badań poza miastem – na terenie wiejskim, gdzie mamy materiał archeologiczny zachowany z innych okresów. Chcieliśmy zobaczyć, czy na tych terenach znajdziemy jakieś ślady tego co działo się w Nippur w okresie istnienia wielkich ośrodków miejskich. Tak duża inicjatywa jak ziggurat, w rodzaju biblijnej wieży Babel, wymaga organizacji sporej siły roboczej, stąd byliśmy ciekawi czy będzie to widoczne na prowincji. Na stanowisku odnaleźliśmy wiele ostemplowanych cegieł z czasów Nabuchodonozora, co samo w sobie nie jest nietypowe, ale interesujące jest coś innego: odkrycia sugerują, że mogło tam istnieć centrum produkcji cegieł zlokalizowane na terenach wiejskich, poza dużym miastem. Jeśli budowana jest wielka świątynia, albo ziggurat, potrzebne jest olbrzymie zaplecze do produkcji milionów cegieł, których taka konstrukcja wymaga.
E.K.: Jaki był dystans pomiędzy miastem a ośrodkiem produkującym cegły?
Dr Bernhard Schneider: Określmy to w dniach: były to cztery do pięciu dni podróży łodzią w górę kanału. Wiemy to, ponieważ podobną podróż trwającą pięć dni odbyła niemiecka ekspedycja z pobliskiej miejscowości Fara do Babilonu, używając mniej więcej podobnego środka transportu. Wszystkie materiały potrzebne do obsługi procesu produkcji cegieł transportowano w górę i w dół kanałów, będących swego rodzaju starożytnymi ”autostradami”. Tą drogą dostarczano na przykład potrzebne w olbrzymich ilościach drewno do opalania pieców, w których wypalano cegły; a także trzcinę. Nie wiadomo dokładnie jak wyglądała organizacja takiego zaplecza produkcyjnego, ale aby zapasy się nie wyczerpały, na pewno musiało ono obejmować szeroki teren.
E.K.: Czyli posługiwano się głównie transportem wodnym?
Dr Bernhard Schneider: Tak. O transporcie cegieł wiedzieliśmy już wcześniej ze źródeł pisanych ze świątyni Innana w leżącym na południu Uruk. Wiemy, że transportowano stamtąd cegły na budowę Babilonu, ale nigdy nie znaleźliśmy na to dowodów w postaci wykopalisk. Produkcja tak olbrzymiej ilości cegieł generuje sporo dymu, stąd wydaje się to całkiem praktyczne, że decydowano się na przeniesienie tego procesu poza miasto.
E.K: W artykule wspomina Pan, że cegły poddawane były recyklingowi.
Dr Bernhard Schneider: W jednym przypadku wyglądało to tak, że cegły mogły zostać użyte powtórnie do produkcji syntetycznego bazaltu. Ten materiał został znaleziony w odnodze kanału z późniejszego okresu, który znajdował się na tym samym obszarze. Region ten był miejscem produkcji cegieł już od 2 tys. lat p.n.e., co odkryły już wcześniej amerykańskie ekspedycje, wskazując, że jest to obszar z dobrej jakości gliną. Znaleziska z późniejszych okresów muszą zostać jednak jeszcze gruntownie zbadane w laboratoriach.
E.K.: Pani w publikacji prezentuje badania dotyczące grupy, która miała kluczowe znaczenie dla funkcjonowania egipskich miejsc kultu, czyli kapłanów. W czasach faraonów kapłani pełnili nie tylko funkcje związane z samym kultem, ale i wiele funkcji administracyjnych, można powiedzieć, że w zasadzie mieli monopol na wiele profesji związanych z funkcjonowaniem państwa egipskiego. Czym się zajmowali?
Dr hab. Agnieszka Wojciechowska, Zakład Neohellenistyki i Studiów Bliskowschodnich, Wydział Neofilologii UWr: W starożytnym Egipcie kapłani pełnili bardzo istotne funkcje. Bardzo ciekawe jest to, że kapłan przypisany do danej świątyni, mógł pełnić tę funkcję również w zupełnie innej części Egiptu. Często jedna osoba mogła posiadać kilka tytułów kapłańskich w miejscach zupełnie oddalonych od siebie – w Egipcie Górnym i Egipcie Dolnym na przykład. Oprócz tego kapłani pełnili przeróżne funkcje administracyjne i pomagali władcy w rządzeniu. Mówimy tutaj oczywiście o najwyższych kapłanach, którzy pochodzili z elity. Ich tytuł z reguły przechodził z ojca na syna. Rodziny kapłanów mogły w jednej świątyni spędzić całe swoje życie. Kapłani odpowiadali także za zbiór zboża, mogli pełnić funkcje militarne. Zajmowali się całym procesem budowy świątyń, w tym wyborem tego, co znajdzie się na ścianach, a nawet zarządzaniem kamieniołomami.
E.K.: Szczerze mówiąc, najbardziej zdziwiła mnie właśnie ta ostatnia, typowo techniczna funkcja.
Dr hab. Agnieszka Wojciechowska: Byli odpowiedzialni za kamieniołomy, ponieważ nadzór nad tą częścią procesu był niezwykle istotny. Trzeba było wybrać odpowiedni kamień, który często wykuwano w bardzo dużych blokach. Obeliski, na przykład, wykuwano w całości. Transport takiego monolitu w sposób uniemożliwiający jego uszkodzenie był niezwykle skomplikowany. W zależności od budynku jaki miał być wykonany, potrzebne były różnego rodzaju kamienie, w tym takie, na których w późniejszym czasie umieszczano malowidła. Te aktywności stanowiły sporą część działalności kapłanów.
E.K.: Spośród funkcji administracyjnych ważne były te obejmujące czynności, które moglibyśmy dziś określić jako notarialne.
Dr hab. Agnieszka Wojciechowska: Każdy, kto miał potrzebę spisania jakiegoś dokumentu, kontraktu, przychodził do świątyni. Kapłani, umiejący pisać i czytać, sporządzali takie właśnie kontrakty. Było to bardzo popularne zwłaszcza w Egipcie faraońskim. W tym okresie sporządzano bardzo dużo różnego rodzaju kontraktów handlowych, dokumentów dotyczących sprzedaży i zakupu, ale także kontraktów małżeńskich. Te ostatnie były bardzo istotnymi dokumentami w ówczesnych czasach, pokazują one wysoką pozycję kobiet. W razie rozwodu czy też śmierci męża kobieta była zabezpieczona poprzez kontrakt.
E.K.: Rozumiem, że kontrakty małżeńskie dotyczyły warstw elitarnych?
Dr hab. Agnieszka Wojciechowska: Tak, elitarnych tudzież średnich. Za sporządzenie kontraktu trzeba było oczywiście zapłacić.
E.K.: Czy wiadomo, co było zabezpieczeniem dla kobiet?
Dr hab. Agnieszka Wojciechowska: Mogły dostać określoną ilość lnu, który był jednym z głównych materiałów, składowanych w belach w wielkich skrzyniach. Mogły być to też zabezpieczenia w sztabkach kruszcu, najczęściej tak zwanego srebra boga Ptaha. Otrzymywały również biżuterię czy inne przedmioty – wszystko, co kobieta dostanie w przypadku rozwodu było dokładnie wymienione w kontrakcie. Takie kontrakty były zawierane na terenie całego Egiptu, podobne dokumenty spotykane były nawet na samym południu Egiptu, na tak zwanej wyspie Elefantyna, zamieszkałej przez społeczność żydowską.
E.K.: A jak zmieniła się pozycja społeczna kapłanów wraz z nastaniem okresu grecko‑rzymskiego?
Dr hab. Agnieszka Wojciechowska: Pozycja kapłanów zmieniła się zasadniczo. Rzymianie wprowadzili nowe urzędy, w tym urząd zwany grapheionem, który funkcjonował w osobnym budynku o tej samej nazwie. Teren świątyni przestał więc być miejscem pełniącym funkcje administracyjne. Co ciekawe, grapheiony pojawiały się nie tylko w metropoliach – z czasem zakładano je także w większych wioskach. Było to duże ułatwienie dla lokalnej ludności, która mogła spisywać kontrakty bez konieczności podróżowania do miasta. Dokumenty sporządzano wtedy już przede wszystkim w języku greckim. Czasami jednak zdarzały się akty dwujęzyczne, czyli greckie dokumenty z elementami ostatniego pisma egipskiego – demotycznego. W takich przypadkach widzimy grecki tekst główny, a u dołu na przykład imiona zapisane zarówno po grecku, jak i w demotyce. To także w tym czasie pojawiła się instytucja świadków, dlatego większość dokumentów musiała zostać przez nich podpisana – świadkowie sygnowali je, zwykle po grecku, choć zdarzały się również dopiski demotyczne. Zmiany te całkowicie przeorganizowały sposób funkcjonowania świątyń w Egipcie. Kapłani utracili swoją dotychczasową wysoką pozycję na rzecz grapheionów.
E.K.: Zmiana pozycji kapłanów wiąże się, jak Pani podkreśla w artykule, z degradacją rodzimej kultury egipskiej, nad którą prymat zaczyna wieść kultura hellenistyczna.
Dr Agnieszka Wojciechowska: Tak. Władca Egiptu rządził poprzez najwyższych kapłanów, członków elity egipskiej, którzy mieli dużą decyzyjność. W okresie hellenistycznym całkowicie się to zmienia. Świątynia jest miejscem, do którego można przyjść złożyć ofiarę i oddać cześć bóstwu. Nie pełni już jednak funkcji administracyjnych. Kapłani tracą zatem duży dział w państwie, którym zarządzali. Ponadto w okresie hellenistycznym na terenie Egiptu pojawiają się budynki hellenistyczne. Oczywiście nie wszystkie są poświadczone archeologicznie, część jest poświadczona w papirusach, część w ostrakach.
E.K.: Co to są ostraka?
Dr Agnieszka Wojciechowska: Ostraka to skorupki, czyli popękane, połamane fragmenty, najczęściej naczyń, na których zapisywano krótkie teksty. Obecne były głównie na terenie Egiptu. Na ostrakach zapisywano krótkie dokumenty handlowe, dokumenty związane z działalnością jakiegoś miasta, dotyczące na przykład przewozu zboża do miejskiego skarbca. Zdarzało się, że na fragmentach skorup zapisywano krótsze i dłuższe fragmenty literackie. Wracając do zmian, które zaszły na terenie Egiptu w okresie hellenistycznym i rzymskim, to było to właśnie pojawienie się nowej architektury: teatrów, buleuterionów, prytanejonów, łaźni.
E.K.: Czym były buleuteriony i prytanejony?
Prof. dr hab. Krzysztof Nawotka: Buleuterion to taki współczesny ratusz, a prytanejon to budynek zarządu miasta.
E.K.: Oprócz materiału archeologicznego i źródeł dostępnych w archiwach, korzystaliście Państwo ze źródeł epigraficznych. Pan Profesor badał kulturę epigraficzną Miletu?
Prof. dr hab. Krzysztof Nawotka: Tak. Przypomnę, że źródła epigraficzne to starożytne inskrypcje wyryte ludzką ręką w kamieniu przy użyciu narzędzi, które przetrwały do naszych czasów. Przetrwały ich setki tysięcy. Przykładowo: opublikowanych łacińskich inskrypcji jest około 570 tysięcy, a liczbę greckich szacujemy na około 200 tysięcy. Pytanie brzmi: po co ludzie je wykonywali? Odpowiedź jest dość prosta – po to, by przetrwały na zawsze. Tak to postrzegano. I rzeczywiście: przetrwały, choć przypuszczamy, że zachowało się jedynie około 5% tych, które kiedyś wykonano. Wszyscy troje jesteśmy zresztą zaangażowani w duży projekt polegający na liczeniu inskrypcji z całego świata, a w szczególności ze wschodniej części basenu Morza Śródziemnego. Robimy to oczywiście po to, aby wyciągnąć różnorakie wnioski: ustalić, w których okresach wykonywano więcej inskrypcji, a w których mniej; jakie były ich rodzaje; jak zmieniały się w czasie i jaki wpływ miały na nie wydarzenia historyczne.
Do publikacji Serving the Gods napisałem rozdział poświęcony prorokom i prorokiniom z Miletu. Wbrew powszechnej opinii grecki prophētēs nie był kimś, kto przewidywał przyszłość, lecz osobą zarządzającą wielką świątynią, w której znajdowała się wyrocznia. Wyrocznia to miejsce, do którego przychodzi się, aby zapytać boga o przyszłość. Zawsze, kiedy opowiadam o tym na konferencjach, ktoś pyta, czy w takim razie można było zapytać o numery z totolotka. Otóż gdyby ktoś o coś podobnego zapytał, okazałby brak szacunku wobec boga. W świątyni zawsze przebywał paraphylaks, czyli szef straży, a on miał kilku silnych strażników z kijami, którzy takiego delikwenta po prostu wyrzuciliby ze świątyni. Pytania były zupełnie inne. Na przykład: „Wybieram się w podróż morską do Italii – czy powinienem złożyć ofiarę Posejdonowi?” I odpowiedź brzmiała: „Oczywiście, to pobożny i godny pochwały czyn”. Albo – cytując autentyczną wyrocznię: „Ołtarz Tyche stoi w miejscu, które zarosło krzewami. Czy należy go przesunąć?” Odpowiedź: „Oczywiście, że należy go przesunąć”. W Didymie mamy zachowanych na kamieniu kilkadziesiąt prawdziwych wyroczni. Najwięcej na świecie pochodzi jednak z Dodony w Epirze, niedaleko Janiny w zachodniej Grecji – około 2000 inskrypcji zostało zachowanych na lamellach czyli cienkich ołowianych tabliczkach, z czego do tej pory opublikowano zaledwie 120. Przeważają pytania zadawane przez zwykłych ludzi, dotyczące codziennych, życiowych spraw. Prophētēs zarządzał wyrocznią, natomiast prorokowała kobieta – mogła nosić tytuł prophētis (prorokini) lub promantis, co również tłumaczymy jako prorokinię.
Skąd o tym wszystkim wiemy? Z bardzo bogatego materiału epigraficznego. Z Miletu i Didymy mamy około 2800 inskrypcji, co pozwala szacować, że pierwotnie było ich zapewne ponad 50 tysięcy. Często są to teksty dobrze datowane i bardzo wysokiej jakości. W tych źródłach pojawia się 223 proroków znanych z imienia oraz pięć prorokiń. To jedna trzecia wszystkich znanych prorokiń świata antycznego.
E.K.: Skąd taka różnica?
Prof. dr hab. Krzysztof Nawotka: Nie wiemy – żadne źródło nam tego nie podaje. Dodajmy, że zarówno prorocy, jak i prorokinie należeli do tej samej klasy społecznej. Była to najwyższa elita Miletu: najbogatsi mieszkańcy i najbardziej wpływowi politycy. Ze słynnej wyroczni w Delfach nie znamy ani jednego imienia prorokini, choć funkcjonowała ona przez półtora tysiąca lat. Wiemy tylko, że prorokinie w Delfach nosiły tytuł Pytii. Skoro żadne imię nie przetrwało, możemy być pewni, że nie było zapisywane. Źródła nie przedstawiają nam żadnego wyjaśnienia tego zjawiska, ale jakieś musiało istnieć, prawda? Posłużę się przykładem Didymy. Mamy tam dwie bardzo dobrze poświadczone kategorie notabli związanych z wyrocznią: męskich proroków oraz hydrophoros. Hydrophoros były dziewczętami pełniącymi jakąś funkcję w kulcie Artemidy, siostry Apollina. Funkcja ta nie jest nigdzie dokładnie określona, ale sama nazwa – hydrophoros, czyli „niosące wodę” – wskazuje, że odpowiadały za dostarczenie wody w określonym momencie ceremonii. Wszystkie pochodziły z miejscowej elity. Ze źródeł epigraficznych znamy imiona ponad 120 hydrophoros, a tylko pięciu prorokiń.
Zastanówmy się, co było ważniejsze: noszenie wody czy prorokowanie? Jedno i drugie wykonywały kobiety, więc płeć nie miała tu znaczenia, a status społeczny był identyczny. Imiona hydrophoros zapisywano chętnie, natomiast imion prorokiń – nie. Musiał więc istnieć inny powód, dla którego ich nie notowano, prawda? Przypuszczam, że istniało jakieś tabu kulturowe, którego istoty dziś nie znamy. Różnice są uderzające, zwłaszcza, że mówimy o dużych liczbach.
Jeśli chodzi o proroków z Didymy, znamy około jednej trzeciej ich imion. To niezwykle dobrze poświadczona grupa, przede wszystkim dzięki pewnej ludzkiej przywarze – próżności. Pod koniec kadencji prorocy często zamawiali inskrypcje wychwalające samych siebie, ryte na kamiennych blokach w siedzibie urzędu. Dzięki temu wiemy bardzo dużo o najwyższej elicie Miletu, do której wszyscy oni należeli. Ostatnim poświadczonym imiennie prophetes był cesarz Julian Apostata, którego kadencja przypadała na lata 361–363. Prawdopodobnie wyrocznia funkcjonowała jeszcze później, ale jest to ostatni znany nam z imienia prorok.
E.K.: Co wiemy o prorokiniach?
Prof. dr hab. Krzysztof Nawotka: Ze źródeł możemy wywnioskować kilka rzeczy. Wbrew temu, co pisze wielu współczesnych autorów, prorokini nie musiała być dziewicą – znamy jedną, która miała dzieci. Wszystkie pochodziły z arystokracji. Niektóre proroctwa wygłaszano heksametrem, więc prorokini musiała umieć pisać wierszem. To nie było nic nadzwyczajnego – tego uczono wówczas w szkołach. Każdy wykształcony człowiek potrafił to robić. Prophetis musiała więc być wykształcona, stąd także i bogata. Ostatni istotny warunek był taki, że musiała istnieć powszechna zgoda co do tego, że kandydatka jest w stanie przyjąć „głos boga”. Niektórzy ludzie są bardziej predysponowani do prorokowania, inni mniej. Musiało istnieć przekonanie, że dana kobieta sobie poradzi. Prorokowanie wiązało się ze specjalną ceremonią, podczas której prophetis spędzała trzy dni pod ziemią. Po wyjściu pokazywała się w oknie i wygłaszała odpowiedź.
E.K.: Dlaczego była to kobieta?
Prof. dr hab. Krzysztof Nawotka: Z punktu widzenia wyroczni powiedziałbym, że tak zdecydował Apollo. Oczywiście tego nie wiemy. W starożytności były wyrocznie, w których odpowiedź wygłaszała kobieta – tak było w Delfach i w Didymie – ale były też takie, gdzie czynił to mężczyzna. Na przykład w drugiej najsłynniejszej wyroczni czasów rzymskich, w Klaros w Azji Mniejszej, prorokiem był mężczyzna. Nie zawsze więc musiała to być kobieta. Jednak w dwóch najważniejszych wyroczniach rola ta należała właśnie do kobiet. Nie wiemy, dlaczego tak było. Proszę pamiętać, że źródła zawsze podkreślają, iż to bóg wygłasza wyrocznię, a człowiek – bez względu na płeć – jest jedynie pośrednikiem.
E.K.: Uzyskanie odpowiedzi od bogów zajmowało prorokiniom aż kilka dni, to bardzo dużo czasu. Zapewne była długa kolejka chętnych do wyroczni i bardzo długi czas oczekiwania?
Prof. dr hab. Krzysztof Nawotka: Miejmy świadomość, że ówcześni ludzie traktowali wyrocznie śmiertelnie poważnie, były uznawane za nieomylne, dlatego proces uzyskiwania porady trwał aż tak długo. Istniał przywilej promantei, czyli pierwszeństwa w zasięganiu porady wyroczni, stąd z pewnością było więcej chętnych niż możliwości udzielenia odpowiedzi. Ten przywilej jest poświadczony zarówno w Delfach, jak i w Didymie. Przypuszcza się, że wyrocznia w Didymie nie działała przez cały rok. Po pierwsze, nie funkcjonowała zimą, ponieważ Apollo był bogiem słońca – więc gdy słońce było nisko, wyrocznia nie działała. Możliwe, że udzielano odpowiedzi tylko raz w miesiącu – choć tego nie wiemy na pewno. Istniał więc cały szereg czynników, które w jakiś sposób ograniczały dostęp do wyroczni.
E.K.: Pani, w swoim artykule wchodzącym w skład publikacji książki „Serving the Gods”, także analizuje źródła epigraficzne, ale te dotyczące terenu Bliskiego Wschodu. Skupia się Pani na grupach społecznych, które w znacznej mierze były do tej pory pomijane w badaniach: profesjach odpowiedzialnych za budowę i dekorację świątyń.
Dr Aleksandra Kubiak-Schneider: Zajęłam się analizą inskrypcji z trzech miejsc, z których miałam wystarczająco dużo danych do analizy tego tematu. Są to: Hatra w Iraku, Palmyra w Syrii oraz Wadi Rum w dzisiejszej Jordanii. To, co łączy te trzy ośrodki, to język aramejski oraz pewne podobieństwa w podejściu do spraw kultowych i organizacyjnych. Najwięcej inskrypcji udało mi się zebrać z Hatry. Tam bardzo dobrze widać sieciowość powiązań pomiędzy budowniczymi – przede wszystkim w obrębie rodzin. Były to zawody przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Kiedy mówimy „budowniczy”, wyobrażamy sobie ludzi stojących na rusztowaniach, przygotowujących zaprawę czy murujących. Tutaj mamy jednak inny przekrój społeczny. W inskrypcjach pojawia się postać określana trudnym do przełożenia terminem aramejskim. Często tłumaczy się go jako „architekt”, ale to profesja obejmująca znacznie więcej funkcji: ktoś, kto planuje, nadzoruje, rozrysowuje projekt, a jednocześnie ma praktyczną wiedzę budowlaną. Wydaje mi się, że ze względu na rodzinny, klanowy charakter tych warsztatów, tacy mistrzowie zajmowali się także dekoracjami – rzeźbami i płaskorzeźbami wykonywanymi dla świątyń. Przysposabiali do tego zawodu swoich synów. Inskrypcje z Hatry sugerują, że najczęściej zaczynali oni jako rzeźbiarze wykonujący płaskorzeźby, a z czasem awansowali do roli głównego budowniczego, który nadzorował cały proces i rozdzielał zadania.
E.K.: A jeśli chodzi o architekturę samych świątyń, były monumentalne?
Dr Aleksandra Kubiak-Schneider: To zależy od miejsca. W Palmyrze, szczególnie w przypadku świątyni Bela, mamy do czynienia z budowlą monumentalną: bardzo wysoką, z kolumnami i bogatą ornamentyką, zajmującą ogromny obszar. Podobnie w Hatrze – tamtejszy kompleks świątynny również był bardzo duży. Natomiast w Wadi Rum świątynia bogini Allat była niewielka, choć w kontekście lokalnych możliwości i tak uznawano ją za potężną. Miała wyraźnie przemyślany program ikonograficzny: znajdowały się tam rzeźby, kolumny oraz bogato zdobione kapitele. W Hatrze i Wadi Rum widać też zależność między budowniczymi a dworem królewskim. W Wadi Rum inskrypcje wprost wskazują, że budowniczowie podlegali bezpośrednio królowi. W Hatrze nie mamy tak jednoznacznego potwierdzenia, ale wiemy, że budowniczowie i rzeźbiarze byli związani z określonym bóstwem – Barmarinem (imię oznaczające w języku aramejskim: syn naszych Państwa). To bóstwo było patronem zarówno budowy, jak i samych budowniczych. Istnieje inskrypcja, która wymienia kary za kradzież narzędzi ze „składziku” należącego do tego bóstwa. Ponieważ był to majątek świątynny, kradzież wiązała się z karą wymierzaną przez bóstwo. Możemy się domyślać, że chodziło o dość srogie kary typu spalenie albo próba wody – wrzucenie do rzeki i obserwowanie, czy ktoś wypłynie.
E.K.: Skoro budowniczowie „należeli” do bóstwa, czy to znaczy, że całe ich życie było podporządkowane kultowi?
Dr Aleksandra Kubiak-Schneider: I tak, i nie. Bazując na analogiach z Mezopotamii, można przypuszczać, że mieli określone udziały w funkcjonowaniu świątyni, a z ich rodzin wybierano także kapłanów. Warto pamiętać, że w przeciwieństwie do dzisiejszych realiów, w Hatrze, Palmyrze czy Wadi Rum budowniczowie stanowili elitę. Potrafili pisać i byli świetnie wykształceni w dziedzinie sztuki. W Hatrze mamy przykład rzeźbiarza, który wykonał stelę z miejskim prawem. Pod wizerunkiem orła podpisał się malutkimi literami: „Yhabshai, syn Barnannaia, rzeźbiarz”. To ten sam krój pisma, którym zapisano całą uchwałę, więc najpewniej on sam był autorem inskrypcji. Budowniczowie znali obowiązujące trendy w świecie antycznym – łączyli lokalne tradycje z grecko-rzymskimi nowinkami, wykorzystywali kolumny, łuk syryjski, a kamienie obrabiali niekiedy w sposób bardziej grecki czy rzymski.
E.K.: Chciałam też zapytać o język aramejski. Podziwiam znajomość tak starych języków. Rozumiem, że źródeł jest niewiele. Jak udało się go Pani nauczyć? Wygląda na bardzo trudny, czy dobrze zauważyłam, że nie ma samogłosek?
Dr Aleksandra Kubiak-Schneider: Tak, aramejski nie ma samogłosek. Uczyłam się go długo i intensywnie – najpierw na studiach, potem w trakcie doktoratu. Warto dodać, że zajmuję się aramejskimi inskrypcjami z obszaru politeistycznego, a nie aramejskimi manuskryptami biblijnymi czy syryjskimi – analizy tych ostatnich bym się nie podjęła, bo nie mam odpowiedniego warsztatu. Jeśli chodzi o liczby: z Palmyry mamy około trzech tysięcy inskrypcji, z Hatry około 500–600. W Nabatenie również są tysiące inskrypcji i graffiti, choć nie mamy jednego, pełnego korpusu. Wczesnych aramejskich inskrypcji jest znacznie mniej, może około dwustu. Aramejski nie należy do bardzo trudnych języków – semickie języki są logiczne i przyjemne do nauki. Trzeba opanować alfabet, ale gramatyka jest prostsza niż w grece czy łacinie. Oczywiście są wyjątki i zawiłości, zwłaszcza jeśli chodzi o odmianę czasowników, prefiksy, sufiksy i zmiany rdzeni. Ale inskrypcje, którymi się zajmuję, są najczęściej bardzo techniczne, powtarzalne, o stałych formułach. To pomaga. Czasem zdarzają się błędy – np. liczba mnoga w podmiocie, a liczba pojedyncza w czasowniku – ale z kontekstu da się to odczytać. Zawsze porównuję pracę z inskrypcjami do układania puzzli.
Dodane przez: E.K.
Data publikacji: 23.01.2026 r.



