
Zawsze z tarczą!
Dla naszego naukowca to doświadczenie było przygodą z pogranicza archeologii eksperymentalnej oraz turystyki doświadczeń. – Polecam to wydarzenie każdemu chcącemu naprawdę poczuć ducha antycznego Rzymu i wzbogacić swoją wiedzę poprzez praktykę – mówi dr Damian Werczyński.
Dr Damian Werczyński z Zakładu Geografii Regionalnej i Turystyki UWr opowiada o swojej pasji naukowej połączonej z życiowymi wyzwaniami i rodzicielską determinacją.
W kwietniu wziął Pan udział w „Urodzinach Rzymu”, czyli festiwalu „Natale di Roma”. Wydarzenie przyciągnęło ponad 60 grup rekonstrukcyjnych (ponad 1000 osób), głównie z Europy, choć nie tylko?
Dr Damian Werczyński: W urodzinach miasta wzięli udział rekonstruktorzy z wielu krajów. Oprócz gospodarzy, były grupy z Niemiec, Francji, Rumunii, Czech, Hiszpanii, ale także z bardziej egzotycznych krajów, bo pojawili się nawet legioniści z Tajwanu! To była istna kopalnia informacji o działaniach tych ludzi, a przy tym można było poczuć ducha jedności i fascynacji starożytnym Rzymem.
No i Pan także postanowił się zaciągnąć w szeregi rzymskiego legionu?
– Tak! Dzięki uprzejmości stowarzyszenia Legio XIIII GMV Pro Antica, zostałem przyjęty w szeregi i, co warto dodać, legion był jedyną taką grupą zgłoszoną z Polski. To wzbudziło naprawdę duże zainteresowanie setek rodaków zwiedzających Rzym, którzy orientując się, skąd przyjechaliśmy, bardzo chętnie odwiedzali nas w obozie.
Skąd pomysł na przyłączenie się do legionu?
– Wiele lat temu zacząłem wiązać ze sobą doświadczenie z dwóch studiowanych kierunków: archeologii i geografii turystyki (oba ukończone na UWr). Stąd wyszło zamiłowanie do… archeoturystyki, a szerzej popularyzacji archeologii, którymi zajmuję się w swojej pracy. Działalność grup rekonstrukcyjnych wpisuje się idealnie w te zainteresowania, więc gdy pojawiła się szansa wzięcia udziału w obchodach „Natale di Roma” i to z ludźmi, którzy są tak doświadczeni… Musiałem spróbować! Legion obchodzi w tym roku 25-lecie istnienia, więc chyba nie ma lepszego źródła, dzięki któremu „z pierwszej ręki” mogłem przekonać się, jak wygląda to „od środka”. Miałem kilka celów dotyczących zarówno członków stowarzyszenia, jak i popularnej dziś tzw. turystyki doświadczeń – zwiedzania, w którym kluczową rolę pełnią przeżycia (w tym przypadku bycie rekonstruktorem i legionistą). Z jednej strony chciałem „wejść w buty” legionisty, poczuć ciężar szpeju (żargonowe określenie sprzętu, w tym przypadku uzbrojenia) i trudy marszu. Z drugiej strony, poza pokazami, mogłem dowiedzieć się więcej o motywacjach członków Pro Antica, usłyszeć historię rozwoju grupy, zapytać o zajęcia poza rekonstrukcjami, a zwłaszcza przekonać się, jak silnie są zaangażowani w to, co robią.
I udało się! To Pana pierwszy epizod rekonstrukcyjny?
– Nie. Z Legionem XIIII miałem okazję zapoznać się wcześniej, gdyż parę lat temu dołączył do nich mój kolega Ryszard Bartoszko, który razem ze mną ukończył archeologię na UWr. Można powiedzieć, że jest „fanatykiem” starożytnego Rzymu, a dziś w legionie pełni też funkcję doradcy w sprawach merytorycznych. Inni członkowie śmieją się, że gdy nie mogą dojść do porozumienia, jak poprawnie ma leżeć toga na senatorze czy jak powinno się wymawiać daną komendę, to należy to skonsultować z Ryśkiem. To właśnie on zaprosił mnie do udziału w pokazie na festiwalu „Ludzie Ognia” w Muzeum Archeologicznym we Wrocławiu w 2023 r. i tam po raz pierwszy miałem okazję założyć cały strój. Zresztą oferta przyłączenia na stałe do legionu „leży na stole”…
Co łączy członków grupy rekonstrukcyjnej?
– W Pro Antica to z pewnością zamiłowanie do starożytnego Rzymu i chęć pogłębiania wiedzy o nim na różne sposoby, od lektury opracowań akademickich po samodzielne wykonanie części wyposażenia. Ta miłość u jednych jest od zawsze, u innych została „nabyta” wraz z każdym kolejnym wyjazdem na pokazy. Należy tu bardzo jasno podkreślić, że drzemie w nich ogromna pasja, bo robią to za darmo (a właściwie dopłacają za przejazdy, noclegi, naprawy sprzętu), a przy tym poświęcają swój czas, żeby sprawić radość nie tylko sobie, ale też innym – zwłaszcza najmłodszym turystom, na których pokazy robią chyba największe wrażenie.
Kim są dzisiejsi legioniści?
– Legion zrzesza ludzi w przeróżnym wieku, pracujących na co dzień w różnych zawodach. W szeregu maszerują obok siebie specjalista od HR i przewodnik po Wrocławiu, bankier-ekonomista, sprzedawca projektów domów, student oraz doktor habilitowany z zakresu politologii. I wszyscy są zarówno podczas pokazu, jak i zwłaszcza po nim zżytą, wesołą grupą ludzi wspierających się wzajemnie. Widać, że ludzie w Pro Antica czerpią z tych spotkań satysfakcję i energię, bo co sezon zapełniają swoje kalendarze kolejnymi wyjazdami. Wszyscy przy tym pracują dla dobra grupy i dbają o sprzęt, a także poszukują aktywnie osób chętnych do przyłączenia się – im więcej legionistów, tym lepszy efekt podczas pokazu – zapraszając znajomych ze wszystkich części Polski. I nie tylko. Podczas „Natale di Roma” w drugim dniu do pokazów dołączyły osoby odwiedzające nas w pierwszym – polski student przebywający na Erasmusie w Rzymie oraz nastolatek z USA (za pozwoleniem mamy).
Czy w legionie są kobiety?
– Choć legioniści to panowie, dla pań także jest miejsce. Oczywiście są przebrane w stroje z epoki, a podczas pokazów pełnią istotne role, wykonując dokumentację zdjęciową, pomagając w poprawianiu sprzętu oraz dopilnowując odpowiedniego nawodnienia legionistów. Przy włoskich upałach miało to niebagatelne znaczenie, zwłaszcza podczas przemarszu przez miasto. Ponadto panie wykonują części stroju, np. szyjąc „superwygodne” skarpety, które w moim przypadku uratowały stopy nieprzyzwyczajone do caligae (żołnierskich sandałów podbitych ćwiekami).
Jak wygląda wyposażenie legionisty z Pro Antica? Czy to plastik nałożony na zwykłe ubranie?
– Zdecydowanie nie! Jakość wyposażenia legionu mogliśmy skonfrontować dzięki porównaniom z innymi grupami. I tu, jeśli chodzi o rzetelność rekonstrukcji, legion wypada naprawdę świetnie. To zasługa członków, którzy od wielu lat dbają, by wyposażenie było jak najbardziej zbliżone do oryginalnego. Oczywiście różnic z innymi grupami nie widać na pierwszy rzut oka, ale gdy podejdzie się bliżej, dotknie, a zwłaszcza przymierzy… Chcąc spróbować tej ostatniej aktywności, należy się liczyć z tym, że z własnego ubioru zostaje zasadniczo tylko bielizna – na nią nakłada się tunikę oraz sandały z rzemieniami, a dalej inne części ubioru. Zbroje segmentowe czy hełmy to prawdziwe żelazo, a wraz z innymi elementami stroju ważą ok. 18 kg! W przypadku hełmów należy zadbać o podłożenie sobie czegoś miękkiego i dość grubego, ponieważ bez tego po kilkunastu minutach głowa boli nie do zniesienia.
Do tego uzbrojenie…
– Oczywiście! Gladius, czyli krótki miecz przewieszony przez ramię, scutum – tarcza o wadze ok. 6-7 kg oraz charakterystyczny oszczep – pilum (ok. 2 kg). Po ważeniu bez oraz w stroju rekonstruktora okazuje się, że człowiek dźwiga ok. 25 kg, czyli tyle, ile mniej więcej nosił rzymski legionista. Jak duże to wyzwanie można odczuć już po 1-2 godzinach spędzonych w przebraniu, zwłaszcza podczas marszu. I tutaj doświadczenie i podpowiedzi członków grupy również były ogromnym wsparciem, chociażby przy odpowiednim doborze tarczy, tak aby wygodnie leżała w dłoni. Do zapamiętania: „Nie bierz tarczy pierwszej z brzegu, bo nie ukończysz pokazu w szeregu…”
Na czym polegał udział w „Natale di Roma”?
– Głównym miejscem stacjonowania legionów, które przyjechały na festiwal, był Circus Maximus, czyli obiekt w samym sercu Rzymu. To tutaj legiony miały obozy i tu przychodzili turyści, zwłaszcza w drugim dniu festiwalu. Oprócz zdjęć było mnóstwo pytań do członków stowarzyszenia o ich pasję, organizację działalności, wykonywanie rekonstrukcji elementów stroju. Ludzie chcieli dotknąć uzbrojenia, niektórzy przymierzyć, a pojawili się i tacy, którzy pytali, jak się „zaciągnąć”.
Tutaj także nawiązywano kontakty z rekonstruktorami z innych krajów. Porozmawialiśmy z Francuzami z okolic Arles, których pokazy na co dzień odbywają się w scenerii antycznych obiektów, jak choćby w tamtejszym amfiteatrze. Przychodzili do nas włoscy gladiatorzy, których fascynowała skóra lwa noszona przez signifera (trzymającego legionowego orła). Rumuni ugościli nas pysznym gulaszem, zaś centurion z Tajwanu tak się z nami zbratał, że podczas popołudniowego przemarszu przez miasto objął dowództwo nad legionem. Widać było, że dla wielu ludzi na ulicach była to ogromna atrakcja.
Główne uroczystości odbywały się w niedzielę i były podzielone na dwa etapy. Pierwszy polegał na prawie dwugodzinnym marszu przez zamknięte z tej okazji ulice w samym sercu Rzymu: z Circus Maximus obok Teatru Marcellusa, Ołtarza Ojczyzny, przez Via Fori Imperiali, dookoła Koloseum i ponownie do Circus Maximus (ok. 4 km). Oczywiście w pełnym rynsztunku. Takie doświadczenie pozwala choć trochę uświadomić sobie, jaki trud musiał pokonać legionista, ale jednocześnie pozostawia niezapomniane wrażenia.
W drugiej części pokazów na Circus Maximus odbywało się wielkie przedstawienie oparte na wydarzeniach historycznych z końca II w. p.n.e. (m.in. czasy Sulli), którego kulminacją była walka kilku legionów z plemionami barbarzyńców z Germanii.
Warto było?
– Oczywiście! Nagrodą za trud przemarszu były wiwaty i brawa tysięcy ludzi praktycznie wzdłuż całej trasy. Natomiast czas spędzony w obozie pozwolił przyjrzeć się zajęciom rekonstruktora, nabyć rzetelną wiedzę o legionach i podpatrzeć metody interakcji między rekonstruktorami a turystami. Być może kolejnym naukowym owocem tego wyjazdu będzie namówienie jednej z koleżanek z Pro Antica na rozpoczęcie pracy doktorskiej (o której marzy od dawna) na temat znaczenia grup rekonstrukcyjnych w interpretacji dziedzictwa starożytnego Rzymu. Czas pokaże, a ja trzymam kciuki i delikatnie namawiam, żeby się zdecydowała, bo jej doświadczenie praktyczne i już nabyta wiedza byłyby nieocenione w rozwoju tej tematyki.
Czy jest szansa, że zobaczymy tę grupę we Wrocławiu?
– Tak! Legion niedługo odwiedzi Wrocław i będzie można go zobaczyć (może nawet dołączyć?) na żywo podczas wydarzenia „Ludzie Ognia” w dniach 13-14 czerwca 2026 r. w Muzeum Archeologicznym.
Czy pańskie pasje podziela także rodzina? Jak to połączyć z życiem prywatnym?
W przypadku „Natale di Roma” podróżowałem sam, jednak na co dzień staram się, aby rodzina (żona oraz 11-letnia córka i 5-letni syn) podróżowała ze mną. Można powiedzieć, że nawet z nimi nie przestaję pracować, ponieważ zawsze w programie są stanowiska lub muzea archeologiczne. Szczególnie do gustu przypada to córce, która wykazuje duże zainteresowanie zarówno historią, jak i archeologią. Niestety, ze względu na niepełnosprawność nie zawsze może wejść ze mną we wszystkie miejsca, ponieważ cierpi na SMA (rdzeniowy zanik mięśni) i porusza się na wózku inwalidzkim. Jesteśmy jednak z żoną na tyle zdeterminowani, że docieramy z córką wszędzie tam, gdzie już dalej się nie da. Przy okazji pomaga mi w pracy, ponieważ prowadząc jej wózek, mogę doskonale oceniać dostosowanie przestrzeni w muzeach czy na stanowiskach archeologicznych do potrzeb osób niepełnosprawnych.
Grodziska w lesie lub ruiny zamków nie kojarzą się raczej z dostępnością… Jak to wygląda w praktyce? Jakie miejsca udało się z córką zwiedzić?
– Z reguły stanowiska czy rezerwaty archeologiczne są gorzej przystosowane do potrzeb osób na wózkach. Jednak w tym względzie widać także duży postęp w ostatnich latach. Córka mogła zobaczyć znaczną część antycznych Pompejów oraz zamki Szkocji (Stirling, Tantalon). Podróż do Rzymu w tym roku i odwiedzenie Forum Romanum także były nacelowane na sprawdzenie postępów w przygotowaniu infrastruktury. I już wiem, że w porównaniu do sytuacji sprzed paru lat, będziemy mogli na wózku zobaczyć większość Forum Romanum i Palatynu oraz Muzeum Forma Urbis Romae, czyli potężną mapę, stworzoną w starożytności z marmuru. A w Polsce w tym tylko roku wizytowaliśmy razem podczas wielkich mrozów m.in. osadę łowców fok w Rzucewie czy grodzisko w Sopocie. Chęć córki do zobaczenia wszystkiego, co się da, napędza mnie i żonę do tego, aby trzymać się w dobrej kondycji, na tyle, by zawsze być w stanie wepchać lub wnieść wózek. Czasem nawet gdy nie ma infrastruktury, wchodzimy za pozwoleniem obsługi. Dzięki temu (oraz uprzejmości i sile jednego z nauczycieli) córka podczas wycieczki szkolnej przeszła całą trasę w zamku Ogrodzieniec (nawet kręte wąskie schody średniowiecznej wieży). Ponadto w 2025 r., na zaproszenie profesora Krzysztofa Jaworskiego z Instytutu Archeologii UWr, wzięliśmy razem udział w prowadzonych na grodzisku w Gilowie wykopaliskach. Gęsty las stanowił znaczną przeszkodę, ale ostatecznie musiał nam ulec. W tym roku prawdopodobnie także będzie okazja do uczestnictwa w badaniach, i to na dwóch stanowiskach…
Damian Werczyński z Zakładu Geografii Regionalnej i Turystyki UWr – doktor w dziedzinie nauk społecznych (dyscyplina: geografia społeczno-ekonomiczna i gospodarka przestrzenna, 2023), magister archeologii (2009) oraz geografii (2012). Jego zainteresowania badawcze to geografia turystyki, w szczególności turystyka archeologiczna oraz metody interpretacji dziedzictwa kulturowego i naturalnego. Członek Polskiego Towarzystwa Geograficznego, licencjonowany pilot wycieczek i tutor akademicki, przez wiele lat nauczyciel w programie matury międzynarodowej (IB DP), prowadzący przedmioty geografia i zarządzanie biznesem.
Autor wydanej przez Wydawnictwu UWr książki „Stanowiska archeologiczne na Dolnym Śląsku jako walory turystyczne”.
O pasjach ludzi Uniwersytetu można przeczytać również tutaj:
Śpiewająca solistka
Muzyka w moim sercu
Być w najpiękniejszych miejscach na świecie i Uniwersytecie
Nietoperze moja miłość
O pasjach ludzi Uniwersytetu. Małe dzieła sztuki – Uniwersytet Wrocławski
Oprac. Katarzyna Górowicz-Maćkiewicz



