kobieta w średnim wieku w zielonym ubraniu w kolorowe kwiatki
fot. Zuzanna Pelc

Ważne, aby umieć mówić o różnicy bez wartościowania

Jakie są korzenie Dnia Kobiet?  W jaki sposób bada kobiety antropologia? Czy serce kobiety jest takie samo jak serce mężczyzny?

Z okazji Dnia Kobiet rozmawiamy z Prof. Moniką Baer, Dyrektorką Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UWr

Ewelina Kośmider: Pretekstem do naszej rozmowy jest zbliżający się Dzień Kobiet. Jaka jest współcześnie symbolika tego święta i jak się zmieniała na przestrzeni ostatnich dekad?

Dr hab. Monika Baer, prof. UWr, Dyrektorka Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UWr:
Jeżeli chcemy zrozumieć, czym jest Dzień Kobiet, to musimy sięgnąć do jego historii, która obejmuje dwa wątki. Pierwsze przywoływane obchody tego święta wiążą się z Nowym Jorkiem. 28 lutego 1909 roku Amerykańska Partia Socjalistyczna zorganizowała w tym mieście demonstrację, podobno w celu uczczenia strajku pracownic przemysłu odzieżowego, który miał miejsce rok wcześniej. Początki obchodów tego święta wiążą się z kontekstem ruchu robotniczego, socjalistycznego, feministycznego. Do wydarzenia w Nowym Jorku nawiązała Clara Zetkin, niemiecka teoretyczka oraz działaczka feministyczna i komunistyczna. Zaproponowała obchody Dnia Kobiet Pracujących. Zostały one przyjęte w 1910 roku przez Międzynarodową Socjalistyczną Konferencję Kobiet w Kopenhadze, towarzyszącą zjazdowi II Międzynarodówki Socjalistycznej.

W kolejnym, czyli 1911 roku, w kilku krajach Europy – Austrii, Danii, Niemczech i Szwajcarii – 19 marca odbyły się demonstracje upamiętniające pracujące kobiety. Natomiast obchody Dnia Kobiet 8 marca zawdzięczamy najprawdopodobniej Włodzimierzowi Leninowi, który ustalił ten dzień w 1922 roku, aby upamiętnić kobiety organizujące strajki i protesty pod hasłem „Chleb i pokój” w 1917 roku, co rozpoczęło rewolucję lutową.

E.K.: Czyli Dzień Kobiet od początku wiązał się kontekstem społecznym i feministycznym?

Dr hab. Monika Baer, prof. UWr: Tak. Dodam, że w Polsce różne zrywy społeczne również zaczynały się protestami kobiet, związanymi właśnie na przykład z podwyższaniem cen chleba. Widzę tu powtarzalność historii, tego jej aspektu kobiecego.

W związku z tym, że Dzień Kobiet został ustalony przez Lenina, kiedy socjalizm jako ustrój rozlał się na dużą część Europy i inne części świata, zaczęto obchodzić 8 marca w państwach socjalistycznych jako święto państwowe. I myślę, że to jest ten moment, kiedy – może to zbyt mocne słowo – Dzień Kobiet uległ karykaturalizacji, ponieważ jest kojarzony przede wszystkim z goździkami …

E.K.: I z rajstopami!

Dr hab. Monika Baer, prof. UWr: Tak, z goździkami i paczkami rajstop, które partyjni funkcjonariusze wręczali kobietom pracującym w fabrykach.

Najpierw przyszło mi do głowy słowo „karykaturalizacja”, ale potem zaczęłam myśleć, że dla kobiet pracujących w fabrykach mogło to być naprawdę miłe wydarzenie – zwłaszcza gdy rajstop na rynku po prostu nie było.

Ja pochodzę z rodziny inteligenckiej, z Poznania, i myślę, że to było typowe w kręgach inteligencji wielkomiejskiej: w latach 70. i na początku 80. to święto było ignorowane jako socjalistyczne, państwowe, zideologizowane, manipulacyjne. Myślę więc, że moje własne poczucie „karykaturalizacji” wynika z idei wyniesionych z domu i obecnych w środowisku inteligenckim w Polsce.

Jeżeli chodzi o polską inteligencję, to na pewno w latach 70. kobiety czuły się zasadniczo równe mężczyznom i nie chciały być traktowane jako oddzielna kategoria, która musi być szczególnie upamiętniana i mieć swoje specjalne święto. Oczywiście były reżimy genderowe, które inaczej sytuowały kobiety i mężczyzn w życiu społecznym. Natomiast badaczki piszące po 1989 roku o sytuacji kobiet w Europie Środkowej/Wschodniej wskazywały, że kobiety w socjalizmie uważały się za równe mężczyznom i nie chciały być traktowane jako osobna kategoria. Dlatego też ruch feministyczny – mimo że rok 1989 pogorszył sytuację kobiet w wielu krajach byłego bloku wschodniego  – nie zbudował w Polsce masowego zaplecza, co było krytykowane zarówno przez niektóre działaczki zachodnie, jak i rodzime. To jest ta historia socjalistyczna, która w Polsce najbardziej rezonuje.

E.K.: Jednak istnieją również aspekty Dnia Kobiet, które wykraczają poza socjalistyczne wątki?

Dr hab. Monika Baer, prof. UWr: Tak. Chcę podkreślić, że święto to ma również historię o bardziej międzynarodowym charakterze. W 1975 roku ONZ ogłosiła Międzynarodowy Dzień Kobiet obchodzony globalnie 8 marca. Ustanowienie Międzynarodowego Roku Kobiet było częścią szerszej agendy ONZ: lata 1976–1985 ogłoszono Dekadą na rzecz Kobiet. Od tego czasu odbywały się wielkie światowe konferencje pod egidą ONZ: w 1975 roku w Meksyku, w 1980 w Kopenhadze, w 1985 w Nairobi i w 1995 w Pekinie.

To znaczenie święta ma więc charakter nie tylko upamiętniający, ale przede wszystkim równościowy, związany z dążeniem do zakończenia dyskryminacji kobiet w sferze prywatnej i publicznej. I to jest drugi aspekt tego święta, o którym w Polsce jeszcze dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat temu raczej nie pamiętano. Dzisiaj to się zmienia.

Starsze osoby, które doświadczały realnego socjalizmu, kojarzą Dzień Kobiet przede wszystkim z politykami państwowymi. Mogą wiązać go z różnymi emocjami – może z nostalgią za bezpieczeństwem, pracą, mieszkaniem, wakacjami nad morzem – albo przeciwnie: mogą traktować je jako manipulację ideologiczną.

Myślę też, że dzisiaj wiele osób traktuje Dzień Kobiet jako miłą okazję do złożenia życzeń, wręczenia kwiatka. Święto podobne do Walentynek czy Dnia Chłopaka – bardziej wydarzenie obyczajowe niż wydarzenie o znaczeniu społeczno‑politycznym. Dobra okazja, żeby pójść do kawiarni na ciastko i kawę.

Natomiast myślę – i obserwuję to też w antropologii – że od 10-20 lat coraz ważniejszy staje się aspekt społeczno‑polityczny. Dzień Kobiet coraz częściej staje się okazją, by mówić publicznie o prawach kobiet, o dyskryminacji ze względu na płeć i seksualność, o herstory, czyli zapomnianej historii kobiet. To aspekt wywiedziony z ruchów feministycznych początku XX wieku, ale też z agendy ONZ, bardziej liberalno-feministycznej niż socjalistycznej.

E.K.: Jakie są współczesne kobiety z perspektywy antropolożki? Jakie mają oczekiwania?

Dr hab. Monika Baer, prof. UWr: To jest pytanie, na które nie mogę odpowiedzieć. Myślę, że może przedstawicielka socjologii albo psychologii społecznej miałaby z nim mniejszy problem. Antropologia zajmuje się konkretnymi ludźmi żyjącymi w konkretnym miejscu i czasie. Kobiety są bardzo różne i mają bardzo różne oczekiwania. Nie chciałabym oczywiście powiedzieć, że nie można mówić o kobietach, o ich problemach, o ich potrzebach – ale nie można generalizować. Antropologia od dawna nie mówi o „kobietach” jako jednej kategorii – to nie jest kategoria analityczna. My mówimy o kategoriach sex/gender, o płci i seksualności. Przyglądamy się temu, jak działają reżimy genderowe, czyli w jaki sposób kategorie płci i seksualności – których nie oddzielam, bo to dwie strony tej samej monety – kształtują ludzi. Jak ludzie są formatowani przez te reżimy, ale też jak w sposób się im przeciwstawiają – indywidualnie i zbiorowo.

E.K.: Myślę, że dla osób niezaznajomionych z tym terminem warto wyjaśnić, co oznacza „reżim genderowy”.

Dr hab. Monika Baer, prof. UWr: Jeżeli mówimy, że płeć jest relacją władzy, że kobiety jako grupa społeczna są dyskryminowane, że płeć jest czynnikiem dyskryminującym, to warto podkreślić, że w antropologii, od czasu publikacji Margaret Mead z okresu międzywojennego– jednej z najbardziej rozpoznawalnych antropolożek poza antropologią – mówi się, że społeczeństwo działa opresyjnie w kontekście płci i seksualności nie tylko wobec kobiet, ale także wobec mężczyzn. Mead pisała, że mały chłopiec jest tak samo dyscyplinowany przez kulturę jak mała dziewczynka.

Dlatego dla mnie to jest tak ważne, aby podkreślać: my, antropolodzy i antropolożki, nie skupiamy się wyłącznie na kobietach – my mówimy o ludziach. Istnieją normy dotyczące płci i seksualności, oczekiwania społeczne, które wpływają na nas wszystkich.

Kiedy mówię o „reżimie genderowym”, mam na myśli tę normatywność społeczną: jak zachowuje się „dobra kobieta”, a jak „dobry mężczyzna”, jakie praktyki seksualne są właściwe, jakie emocje są odpowiednie. „Prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze” – to jest reżim genderowy. „Kobieta nie powinna…” albo „kobiety są emocjonalne, więc mniej racjonalne” – to również jest reżim genderowy, który zawdzięczamy XVIII‑wiecznej filozofii oświeceniowej. Chodzi więc o różne przekonania, które są ideowe, koncepcyjne, ale przekładają się na praktyki społeczne, na to, jak funkcjonujemy w świecie.

Nie chcę oczywiście powiedzieć, że antropologia, także ta inspirowana feminizmem, nie zajmuje się kobietami. Chodzi jednak o to, że współczesne analizy przyglądają się temu, w jaki sposób w różnych kontekstach wyłaniają się różne formy kobiecości i męskości: jak są konceptualizowane, praktykowane, doświadczane. Męskość i kobiecość są tu traktowane jako wytwory systemu różnicy – bo kobiecość ma być zawsze czymś innym niż męskość. Jeśli coś jest „kobiece”, to nie jest „męskie”.

To jest taka podstawowa rama teoretyczna, która określa, w jaki sposób współczesna antropologia feministyczna zajmuje się problematyką płci. Kategoria „kobiety” w antropologii się pojawia, ale jest traktowana jako podmiot, który wyłania się na przecięciach różnych innych kategorii. Nie jest tak, że najpierw mamy „kobietę”, a potem dopiero kolor skóry, orientację seksualną, status ekonomiczny czy wykształcenie. Chodzi o to, że jednostki wyłaniają się na przecięciu uwarunkowań genderowych, seksualnych, etnicznych, narodowych, edukacyjnych, związanych z miejscem zamieszkania, np. miasto lub wieś, i różnych innych.

Dzisiaj w naukach społecznych bardzo dużo mówi się o intersekcjonalności – czyli o tym że jednostki nie mają jednowymiarowej tożsamości. Tożsamości traktowane są jako byty budowane z różnych fragmentów, procesualne, dynamiczne, różnie uruchamiane w różnych kontekstach.

Pozwolę sobie na dygresję: pod koniec studiów magisterskich napisałam referat „Co to znaczy być kobietą w Polsce”, w którym powieliłam różne generalizacje obecne w ówczesnym polskim dyskursie naukowym, i zaprezentowałam go na seminarium doktoranckim w Bielefeld. Zostałam bardzo skrytykowana przez doktorantkę, bardziej zaawansowaną naukowo ode mnie, która powiedziała, że opowiadam bzdury. Że polskie kobiety, z którymi ona rozmawiała, były dumne z pracy, wykształcenia, własnych pieniędzy – i że nie można opowiadać jednej ogólnej historii „kobiet w Polsce”. I miała rację.

Oczywiście możemy mówić o kobietach w Polsce, ale musimy brać pod uwagę różnice: potrzeb, oczekiwań, doświadczeń. W mediach społecznościowych widać to bardzo wyraźnie – istnieją zupełnie różne grupy kobiet, które mówią o świecie w zupełnie inny sposób.

Poza tym musimy też pamiętać, że mówiąc o „kobietach”, nie możemy zakładać, że wiadomo, kto należy do tej grupy, że jest to kategoria społeczna zrozumiała sama przez się. Tu przede wszystkim ważna jest samoidentyfikacja, w tym uwzględnienie osób trans. O płci można myśleć jako o kontinuum rozpiętym między taką „idealną”, stuprocentową męskością i „idealną” stuprocentową kobiecością, ponieważ rzeczywista materialność ciał, doświadczenia, tożsamości są bardzo różne – i stabilne, i płynne; i realizujące normy społeczno-kulturowe, i przeciwstawiające się tym normom. Takie myślenie, również w kontekście seksualności, wniosła do nauk społecznych i humanistycznych między innymi właśnie antropologia.

E.K.: Jakie tematy badawcze dotyczące kobiet podejmuje współczesna antropologia? Czy możemy zauważyć jakieś trendy badawcze?

Dr hab. Monika Baer, prof. UWr: Bardzo ważnym wkładem antropologii jest ciągłe balansowanie między relatywizmem a uniwersalizmem. Z jednej strony mamy relatywistyczne podejście, które zwraca uwagę, że różne zwyczaje należy rozumieć w ich własnych kontekstach i je szanować. Z drugiej – mamy dyskurs uniwersalistyczny, związany z koncepcją praw człowieka, który krytykuje i walczy na przykład z wymogiem zasłaniania twarzy czy rytualnym okaleczaniem narządów płciowych dziewczynek i kobiet.

Antropologia feministyczna stara się dziś ważyć, kiedy feminizm euroatlantycki staje się narzędziem imperializmu, narzucaniem własnych norm, a kiedy rzeczywiście dochodzi do krzywdy, na którą antropolożki feministyczne powinny reagować. Czyli antropolożki feministyczne pracujące w terenie próbują rozumieć, obserwować, wspierać, ale nie narzucać własnych systemów wartości.

Jeśli chodzi o inne współczesne tematy, to ważne antropologiczne studia rozwinęły się na przecięciu feminizmu i teorii queer – traktujące płeć i seksualność jako kategorie performatywne, strategiczne. Ważnym tematem od wielu lat jest zdrowie reprodukcyjne kobiet, technologie reprodukcyjne, związane z feministycznymi inspiracjami w antropologii medycznej. Badania pokazują, jak przemocowe bywają zachodnie reżimy zdrowotne i jak niewiele z nich uwzględnia podmiotowość kobiet. Wiele badań analizuje programy ONZ dotyczące praw kobiet – znów często prowadzone w języku euroatlantyckiego liberalnego feminizmu, a więc wymagające krytycznego, refleksyjnego wglądu.

Antropolożki feministyczne zajmują się też problematyką konfliktów zbrojnych, migracji, kryzysu klimatycznego i innymi „gorącymi” tematami współczesności, badając, jak różnica genderowa wpływa na doświadczenia kobiet i mężczyzn.

E.K.: Obserwując wydarzenia na świecie z ostatnich lat, a nawet dni ma się czasem wrażenie że patriarchat ma się nadal dobrze?

Dr hab. Monika Baer, prof. UWr: Droga, którą przeszły aktywistki walczące o prawa kobiet w kontekście euroatlantyckim  – od czasów, gdy były zamykane w więzieniach i szpitalach psychiatrycznych do dziś – jest imponująca. Dzięki nim mamy możliwość pracy, edukacji, dysponowania majątkiem, normalne prawa obywatelskie. Nie można powiedzieć, że nic się nie zmieniło. Ale też nie można powiedzieć, że osiągnęłyśmy równość – bo to nieprawda. Jest wiele sfer życia, w których wciąż jest dużo do zrobienia.

E.K.: Jak wygląda sytuacja kobiet w nauce?

Dr hab. Monika Baer, prof. UWr: Jeśli chodzi o naukę – nie mam poczucia, że jestem dyskryminowana jako kobieta. W naukach społecznych i humanistycznych jest dużo kobiet. W naszym Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej jest ich dużo (choć nieco mniej niż mężczyzn), ale Dyrekcja jest kobietą.

Natomiast powszechną wiedzą jest, że im wyżej w hierarchach społecznych, tym kobiet jest mniej. Na polskich uczelniach rektorki to rzadkość. W gremiach akademickich, społecznych, politycznych – dominują mężczyźni.

Chciałabym też podkreślić: popieram parytety – o ile promujemy kompetentne kobiety. Natomiast niebezpieczeństwo polega na tym, że płeć nie jest jedynym kryterium progresywnej polityki w kontekście płci i seksualności. Liczy się to, co ktoś ma w głowie i jaki ma program. Mamy wiele kobiet w polityce, które nie działają zgodnie z postulatami feministycznymi.

E.K.:  A jakie są współczesne feministki, czym charakteryzuje się obecnie ruch feministyczny, jaka jest jego agenda?

Dr hab. Monika Baer, prof. UWr: Przede wszystkim nie ma feminizmu jako całości. Istnieje wiele różnych nurtów, które wchodzą ze sobą w konwersacje, często we wzajemne krytyki. Konkurują ze sobą, mają różne pomysły i strategie polityczne. Myślę, że takim wspólnym mianownikiem feminizmu jest to, że kategoria płci jest traktowana jako coś nieuchronnie uwikłanego w relacje władzy. To jest punkt wspólny.

W podręcznikach – na przykład w książce Chrisa Barkera Studia kulturowe. Teoria i praktyka, z której korzystam na zajęciach „Teorie kultury” – wyróżnia się wiele nurtów: liberalny, socjalistyczny, różnicy, czarny feminizm (który ja raczej nazwałabym feminizmem globalnego Południa, bo nie chodzi tylko o Afroamerykanki), feminizm poststrukturalistyczny czy postfeminizm.

Feminizm należy więc rozumieć jako projekt teoretyczno‑praktyczny, który ma wiele twarzy i wiele pomysłów na to, co jest problemem i jak należy go rozwiązywać. W tym sensie powinniśmy mówić o feminizmach w liczbie mnogiej.

W kontekście feminizmu w Polsce – znam go trochę z badań, a trochę z praktyki – sytuacja wygląda inaczej niż w Stanach Zjednoczonych. W Polsce nigdy nie pojawił się masowy, milionowy ruch taki jak tam. Natomiast już w latach 90., kiedy zajmowałam się tym tematem w ramach doktoratu, było jasne, że polski ruch ma formę, którą warszawska antropolożka Magdalena Grabowska nazwała „bulgoczącymi jeziorkami”. To znaczy: istnieją różne oddolne inicjatywy i lokalne praktyki, które razem składają się na ruch feministyczny.

W Polsce zawsze było dużo małych, lokalnych grup kobiet, które robiły coś dla siebie i dla swoich społeczności. To był praktyczny wymiar feminizmu. Pamiętam rozmowę z aktywistką, która opowiadała, że w jej lokalnym kontekście kobiety z bardzo różnych środowisk – zarówno tych liberalnych jak i konserwatywnych  –  potrafiły znaleźć wspólne cele działań na rzecz kobiet. Jedyny punkt sporny dotyczył kwestii reprodukcyjnych, zwłaszcza aborcji. Ale ten praktyczny, lokalny feminizm był bardzo silny. Mam też poczucie, że w Polsce feminizm zawsze łączył się z działaniami na rzecz innych wykluczonych grup społecznych, nie tylko kobiet.

Do najważniejszych tematów ruchu feministycznego w Polsce należą prawa reprodukcyjne, przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet, równość ekonomiczna i odzyskiwanie historii kobiet, czyli tzw. herstoria.

Polski feminizm jest praktyczny, sieciujący, lokalny. Oczywiście są organizacje mainstreamowe, ale siła polskiego feminizmu tkwi w działaniach oddolnych. I co istotne: wiele grup unika samego słowa „feminizm”, ale to nie etykietka jest ważna, tylko działania. Dziś widzę jednak, że percepcja feminizmu w Polsce zmienia się – zwłaszcza na uniwersytetach.

Jeszcze jedną rzecz chciałam dodać – mówiłam o niej ostatnio na zajęciach „Antropologia płci i seksualności”. Chodzi o różnicę płciową i feministyczną tradycję równościową. Feminizm liberalny, którego początki sięgają XVIII wieku, był nurtem równościowym: kobiety i mężczyźni są tacy sami, płeć nie powinna być istotną zmienną. To był bardzo ważny i potrzebny element emancypacji, ale doprowadził też do sytuacji, w których zaczęto ignorować różnicę płciową, co miało negatywne konsekwencje.

E.K.: Proszę powiedzieć jakie?

Dr hab. Monika Baer: Podam przykład: przez lata uważano, że kobiece serce jest mniejszą wersją serca męskiego. Dopiero niedawno zaczęto mówić o tym, że serce kobiety wcale nie funkcjonuje jak serce mężczyzny i że zawał u kobiet wygląda inaczej. Wiele kobiet nie trafiało do lekarza, bo ich objawy różniły się od „męskiego modelu zawału”. To efekt tej idei równościowej: „różnica nie ma znaczenia”. A ma.

Dlatego ważne jest, by umieć mówić o różnicy bez wartościowania – różne, ale równe. Antropologia uczy tego od dawna: w wielu społecznościach tzw. prostych kobiety i mężczyźni pełnili różne role, ale nie oznaczało to, że nie byli równi. Uważam, że musimy nauczyć się dostrzegać różnicę, nie czyniąc z niej hierarchii. To też jest przesłanie feministyczne: wyrównywać szanse, wspierać, dostosowywać warunki – a nie zakładać, że wszyscy jesteśmy tacy sami.

E.K.: Czego jako antropolożka życzy Pani kobietom z okazji ich święta?

Dr hab. Monika Baer: Z okazji Dnia Kobiet życzę – nie tylko kobietom, ale nam wszystkim – aby nasza identyfikacja genderowa, seksualna, ale też nasz wygląd czy poglądy nie były powodem dyskryminacji i wykluczania. Życzę nam świata otwartego, inkluzywnego, wspierającego tych, którzy mają trudniej. Państwa i społeczeństwa powinny organizować się tak, by wyrównywać szanse. Życzę nam wszystkim społeczeństwa troski, wsparcia i równości możliwości.

E.K.: Dziękuję za rozmowę.

Data publikacji: 06.03.2026
Dodane przez: E.K.

Projekt „Zintegrowany Program Rozwoju Uniwersytetu Wrocławskiego 2018-2022” współfinansowany ze środków Unii Europejskiej z Europejskiego Funduszu Społecznego

Scroll to Top